Rynek domen

Biznes zaczyna się od domeny.


Czy domena internetowa jest własnością?

Czy domena internetowa jest własnością?

Mówi się o nich „internetowe nieruchomości”, choć – w odróżnieniu od realnego M – nie stanowią własności. Niebawem jednak kwalifikacja prawna domeny może ulec zmianie. W USA toczy się spór sądowy, który niebezpiecznie podważa zasady funkcjonowania systemu DNS.

Zgodnie z definicją na Wikipedii „domena internetowa to ciąg nazw systemu Domain Name System (DNS) wykorzystywany w Internecie, składający się z wyrazów umieszczonych w pewnym poddrzewie struktury DNS tj. zakończonych stałym sufiksem”. W praktyce domena najczęściej postrzegana jest jako adres internetowy pełniący funkcję brandu. Dla abonentów to prywatna marka zabezpieczona na koncie użytkownika przed dostępem innych osób. Domenę można zarejestrować, kupić, sprzedać, „porzucić” lub wykorzystać na szereg sposobów: do stworzenia serwisu, wizytówki internetowej, przekierowania czy zaparkowania. Adres www postrzegany jest zatem jako własność – „towar” z którym możemy obchodzić się niemal w dowolny sposób w ramach zasad prawa i regulaminu NASK. W istocie jednak domena stanowi usługę świadczoną przez operatora końcówki – w przypadku .pl jest to NASK (Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa) – za pośrednictwem jego partnerów (rejestratorzy, np. Aftermarket.pl) na rzecz rejestranta, czyli abonenta. Ten ostatni wykupuje usługę na określony czas – np. rok, dwa lub więcej – po upływie którego ma możliwość jej przedłużenia. W żadnym jednak momencie trwania umowy rejestracyjnej abonent nie staje się właścicielem adresu www, a jedynie wykupuje sobie do niego dostęp z prawem wyłączności użytkowania.

Powyższe zasady odnoszą się do domen drugiego poziomu (a także trzeciego, choć tu sprawa jest bardziej złożona), rejestrowanych w domenach pierwszego poziomu, określanych też jako końcówki TLD, czyli np. .com, .net, .biz (końcówki funkcjonalne) lub .pl, .fr, .de (końcówki krajowe). Nie oznacza to jednak, że operatorzy końcówek są właścicielami domen TLD, którzy na określony czas wynajmują nam nazwy ze swojego inwentarza. Domeny najwyższego poziomu również nie stanowią niczyjej własności – ani rejestratorów, ani rejestrów ani państw. Tak przynajmniej można było sądzić do niedawna. Pod koniec lipca okazało się bowiem, że sprawa własności końcówek internetowych może nie być taka oczywista. A to za sprawą procesu toczącego się przed amerykańskim Sądem Federalnym dla Dystryktu Kolumbii.

Chodzi o ciągnące się od kilku lat postępowanie, w którym stroną pozywającą są amerykańskie i izraelskie rodziny ofiar ataków terrorystycznych, a stroną pozwaną rządy krajów wspierających terroryzm, takie jak Iran, Syria, Korea Północna. Sprawa przybrała zaskakujący obrót pod koniec czerwca, kiedy przedmiotem żądań rodzin stały się końcówki internetowe oskarżonych państw: .ir, .sy, .kp. Logika stojąca za wnioskiem o zajęcie domen była prosta: „staramy się o odszkodowania, a końcówki TLD to dobro warte dużo pieniędzy”. Rządy państw uznawanych przez USA za „rozbójnicze” (rogue states) nie chcą honorować wyroków amerykańskich sądów, dlatego prawnicy powodów wpadli na pomysł, by starać się o zabezpieczenie roszczeń swoich klientów na dobru wirtualnym, które teoretycznie może zostać przejęte przez władze USA.

Wobec powyższego jednym z głównych zainteresowanych w sprawie stał się ICANN, organizacja zarządzająca systemem DNS i będąca instytucją zasadniczo niezależną od amerykańskiego rządu. Zasadniczo – ale nie do końca. W ostatnich miesiącach trwa debata na temat wyprowadzki ICANN poza obszar USA  i ostatecznego zerwania pępowiny łączącej ją z tym krajem w postaci kontraktu z NTIA, Narodową Administracją Telekomunikacji i Informacji, podlegającą amerykańskiemu Departamentowi Handlowemu. Inicjatywa spotkała się jednak z nieprzychylną reakcją dużej części amerykańskiego Kongresu i zmiana systemu zarządzania internetem może okazać się trudniejsza niż z początku się wydawało. Teraz, wraz z precedensem „końcówkowym”, ICANN po raz kolejny został wciągnięty do sporu na temat prawnych aspektów zarządzania systemem DNS, z którego może nie wyjść zwycięsko.

Korporacja Internetowa zgłosiła do sądu federalnego wniosek o uchylenie wniosku pełnomocników rodzin o uwzględnienie końcówek TLD jako zabezpieczenia roszczeń powodów. Jednak wobec trudności związanych z egzekucją ewentualnych odszkodowań decyzja sądu nie musi być korzystna dla ICANN. Korporacja wydała również oświadczenie, w którym stwierdziła, że końcówka internetowa nie stanowi własności, a więc nie może być przedmiotem nakazu zajęcia majątku. Instytucja oznajmiła ponadto, że:
– odnośne końcówki ccTLD, choć służą dobru mieszkańców kraju, do których są przypisane, nie znajdują się w posiadaniu podsądnych ani nikogo innego,
– końcówki .ir, .sy ani .kp nie są „zlokalizowane” ani w Dystrykcie Kolumbii (obszarze jurysdykcji sądu, przed którym toczy się postępowanie) ani w ogóle na terenie Stanów Zjednoczonych, dlatego znajdują się poza zasięgiem nakazów zajęcia majątku,
– nawet gdyby wymienione ccTLD mogły zostać określone mianem własności w Stanach Zjednoczonych, sąd przed którym toczy się postępowanie nie miałby jurysdykcji do rozporządzania tymi dobrami, ponieważ zabraniałaby mu tego Ustawa o Immunitetach Państw Obcych (Foreign Sovereign Immunities Act),
– ICANN nie posiada samodzielnej władzy czy możliwości transferu wymienionych ccTLD do powodów,
– wymuszony wyrokiem transfer spornych końcówek pozbawiłby te ccTLD wartości, jaką obecnie posiadają, przez likwidację tysięcy domen drugiego poziomu, zarejestrowanych w tych rozszerzeniach przez szereg jednostek, przedsiębiorstw czy organizacji charytatywnych, a także zagroziłby całej strukturze internetu.

Argumenty ICANN brzmią rzeczowo i pokazują, że strona pozywająca, domagając się przejęcia domen jako zabezpieczenia roszczeń majątkowych, de facto sama strzela sobie w stopę. Wniosek o przejęcie domen stanowi jednak niebezpieczny precedens, w którym stabilność funkcjonowania internetu zostaje narażona na szwank ze względu na prywatne interesy powodów. Mimo jasnego stanowiska ICANN sprawa może nie skończyć się na etapie sądu federalnego i trafić do wyższej instancji. Choć wyrok podtrzymujący roszczenia powodów mógłby wydawać się absurdem, to jednak warto pamiętać, że już teraz domeny w praktyce traktowane są jako własność. Na mocy ustawy o ochronie przed cybersquattingiem (Anti-Cybersquatting Protection Act) właściciele brandów odzyskują domeny od abonentów, korzystając z postanowień prawa rzeczowego (in rem actions), regulującego kwestię własności i innych praw do rzeczy – mimo że dysponenci adresów www mają miejsce zamieszkania za granicami Stanów Zjednoczonych i nie podlegają jurysdykcji amerykańskich sądów. W ciągu kilku minionych lat Departament Bezpieczeństwa Krajowego USA wydał nakazy zajęcia kilku tysięcy domen rzekomo wykorzystywanych w procederze naruszania prawa autorskiego. Dodatkowo, mając na względzie fakt, że w kwestia ccTLD dotyczy państw uznawanych przez USA za „rozbójnicze”, wydaje się, że wyrok pozbawiający wymienione kraje do własnych końcówek nie jest wcale tak nieprawdopodobny. Choć trudno wyobrazić sobie egzekucję takiego werdyktu sądowego.

Tagi: , , , , , , , ,

Komentarze ( 2 )

Czym możesz się podzielić?

  1. Michał 19 sierpnia 2014 Odpowiedz

    Mam takie wrażenie, że powieliliście w tym wpisie przez pomyłkę kilka akapitów 😉 ale i tak wpis porusza ważny problem, z którego nie wszyscy zdają sobie sprawę.

    • Przemysław Ćwik Przemysław Ćwik 19 sierpnia 2014 Odpowiedz

      Ups, tekst wkleił mi się podwójnie, usunąłem. Dzięki za zwrócenie uwagi:)

Tutaj możesz komentować